]

                                                                                                                       


  • 165- Śmierć, Upiory, Duchy 20.04.2010 :: 17:57

    Comment (5)

    Dla naszych przodków sprawa była prosta. Śmierć to tylko przejście do innego świata. Dokładali więc wszelkich starań, by odbyło się ono wedle wszelkich szykan. Inaczej zmarły mógł wrócić. A wiadomo, że gdy budził się jako upiór w grobie, czuł straszny głód. Zjadał swe ciało, ubranie i ruszał na łowy...

    Nim Śmierć zastukała do czyichś drzwi - jak wierzyli nasi przodkowie — zwiastowała swe nadejście poprzez sny. Miał je śnić kandydat na nieboszczyka bądź jego najbliżsi. Zapowiedzią najgorszego były sny o złodzieju skradającym się pod oknami, wypadaniu zębów i o zapadaniu się w wapienny dół oraz koszmary, w których osoba zmarła dotykała żyjącej. Zgon zapowiadały też sny o mięsie, gęsiach, piasku i bieliźnie.
    Jako znak rychłego pogrzebu traktowano też wydarzenia z pozoru pomyślne. Jeśli gospodarz zebrał wyjątkowo obfite plony, wieszczono, że Bóg obdarzył go tak szczodrze, bo delikwent nie dożyje następnych zbiorów. Zanim kostucha zjawiła się po ofiarę, przez trzy wieczory krążyła w okolicy jej domu i stukała w drzwi lub okna. O jej bytności świadczyły więc wszelkie niewyjaśnione odgłosy: pobrzękiwanie szyb, spadanie obrazów, otwieranie się drzwi lub dochodzące nie wiadomo skąd krzyki, jęki i kroki.
    Śmierć często wysyłała swych posłańców. Do jej czeladzi należały sowy, puchacze, kawki, wrony i kruki. Sowy siadały w pobliżu domu przyszłego nieboszczyka i wywoływały pohukiwaniem jego duszę.
    Odgłos, jaki wówczas wydawały, miał brzmieć: — Pójdź, pójdź, pójdź... Kawki, wrony i kruki dybały na tych, którzy mieli być potępieni. Gromadziły się na polu i czekały na duszę grzesznika, aby porwać ją do piekła. Ptaki i inne zwierzęta miały posiadać dar widzenia śmierci. Sygnalizowały jej obecność swoim zachowaniem. Kury piały, kogutami wstrząsały nagłe dreszcze, krety usypywały wymowne kopczyki pod progiem kandydata na denata. Najzagorzalszymi wrogami śmierci były psy Gdy ją spostrzegły, siadały, unosiły pyski w górę i wyły Wierzono, że kiedy spojrzy się między uszy tak zawodzącego psa, można zobaczyć kostuchę. Miała to być wysoka, chuda kobieta w bieli wyposażona w kosę, młotek lub oba narzędzia. Czasami przybierała postać zwierzęcia albo mglistego światełka.


    Nadejście kostuchy

    Ludzie starali się utrudnić śmierci dotarcie do domów. Zaorywali bruzdy w poprzek dróg i ścieżek prowadzących do wsi, aby przez me nie przeszła. Gospodarze odgradzali płotami zagrody i zamykali na noc wrota. Przynajmniej raz do roku obrywali obejścia. Niełatwo było jednak oszukać śmierć, a ona sama uciekała się często do różnych podstępów.
    Niepostrzeżenie wślizgiwała się na wóz wjeżdżającego do wsi chłopa lub przybierała ludzką postać — potrafiła przedzierzgnąć się w księdza bądź doktora, aby rodzina wpuściła ją do chorego. Czasem wciskała się do chaty kominem lub dziurką od klucza. Kiedy w końcu dopadła swoją ofiarę, ucinała jej głowę kosą lub zabijała uderzeniem młotka.
    Gdy nastąpił zgon, przerywano wszystkie czynności domowe. Zasłaniano lustra, aby dusza się w nich nie przeglądała i nie ukazywała potem domownikom, i zatrzymywano zegary, aby uniemożliwić nieboszczykowi odliczenie godziny, w której wracałby z zaświatów. Gdy umarł gospodarz, jego syn zawiadamiał o tym wszystkie zwierzęta domowe. Pozbywano się osobistych rzeczy nieboszczyka, a szczególnie słomy z siennika, na którym leżał. Wywożono je na granicę wsi i palono — uważano bowiem, że przynoszą nieszczęście. Zwłoki obmywano wodą (wylewano ją daleko od siedzib ludzkich, gdyż sprowadzała śmierć) i ubierano.
    Niedopełnienie tego obowiązku narażało domowników na zemstę ducha. Na pośmiertnym ubraniu nie mogło być żadnego węzełka, aby nie usadowiły się na nim grzechy. W trumnie nie mogło być sęków, bo nieboszczyk mógłby przez nie kogoś wypatrzyć.


    Losy duszy

    Tymczasem wolna od spraw doczesnych dusza opuszczała dało. Wychodziła zeń ustami, a potem pod postacią ptaka wylatywała przez komin. Udawała się na sąd boży. Kierowano duszę do nieba, piekła lub czyśćca. Wy konanie wyroku następowało po pogrzebie, do tego czasu dusza miała przebywać w pobliżu zwłok. Po ogłoszeniu wyroku wracała do swojego ciała. Zmarły widział więc i słyszał, co się wokół niego działo. Zamykano mu oczy, aby nie wypatrzył sobie następcy, i nie obmawiano, by się nie rozzłościł. W niektórych regionach Polski wierzono, że sąd odbywa się po pogrzebie.

    Puste noce

    Wieczorami przed pogrzebem wszyscy mieszkańcy wsi zbierali się w domu żałoby na noce czuwania zwane pustymi nocami. Modlono się wtedy za duszę zmarłego. Nie stroniono od jadła i napitku. Gdy ktoś naraził się zmarłemu, przybycie na pustą noc zmazywało winy. Jeśli ktoś nie zjawił się, dusza mogła wybrać się po niego osobiście. Przy zwłokach ustawiano zapalone świece, by rozjaśnić drogę do nieba. Spoglądając na trumnę przez dziurkę od klucza, można było zobaczyć stojącą obok duszę.
    Przez cały czas sprawdzano, czy zmarły jest upiorem. Upiór nie umierał, lecz zapadał w letarg, z którego budził się dopiero w grobie. Czuł wówczas straszny głód. Zjadał pośmiertne ubranie, potem ciało, a gdy nie miał się już czym żywić, wyruszał na łowy.
    Wychodził z mogiły, odwiedzał krewnych i znajomych, niosąc im śmierć. Gdy zabrakło mu ofiar, wspinał się na wieżę kościelną i kołysał dzwonem. Wszędzie, gdzie dotarł jego ton, umierali ludzie. Kiedy w okolicy odnotowywano większą niż zazwyczaj liczbę zgonów, doszukiwano się w tym winy upiora. Odkopywano wówczas jego grób, wydobywano zwłoki i odcinano głowę, którą kładziono w nogach trupa — w przeciwnym razie mogłaby powtórnie przyrosnąć do ciała i upiór zabijałby nadal.
    Zanim przedsięwzięto tak drastyczne środki, starano się podjąć działania prewencyjne. Obserwowano więc nieboszczyka. Jeśli dostrzeżono jakieś niepokojące symptomy (niegasnący rumieniec, błyszczące niedomknięte oczy, giętkie ciało), usiłowano zawczasu powstrzymać demona - wkładano do jego trumny cegły lub kamienie, na których miałby połamać sobie zęby, lub sypano tam ziemię cmentarną, by miał się czym żywić. Wsypywano do trumny piasek lub mak, bowiem wierzono, że demon nie opuści jej, dopóki nie policzy wszystkich ziarenek. Wkładano tam sieci, by zająć upiora rozplątywaniem węzełków. Na krtań zmarłego kładziono sierp — gdyby bowiem usiłował wstać, odciąłby sobie głowę. Aby zmylić demonowi drogę i skierować go w głąb ziemi, kładziono zwłoki twarzą do dołu.
    Istniały również bardziej radykalne sposoby. Wbijano gwóźdź w czoło podejrzanego, przebijano zwłoki kołkiem osikowym lub podcinano mu ścięgna pod kolanami.

    Ostatnia droga

    Niezależnie od tego, czy spodziewano się powrotu zmarłego, czy też nie, odprowadzano go na cmentarz, aby tam pochować. Pogrzeb najczęściej następował trzy dni po śmierci. Wiele przesądów wiązało się z wyprowadzaniem zwłok z domu. Istotne było, aby ostatecznie pożegnać się ze zmarłym przez pocałunek (najczęściej w rękę). Bojaźliwi poprzestawali na dotknięciu dłoni nieboszczyka. Czyniono to tuż przed zamknięciem trumny. Osoby, które nie dopełniły tego obowiązku, musiały liczyć się z tym, że nieboszczyk będzie je nawiedzał. Z tej powinności zwolnione były kobiety w ciąży, gdyż kontakt ze zwłokami groził śmiercią nienarodzonego dziecka.
    Starano się skłonić duszę do opuszczenia domu i udania się w ostatnią drogę wraz z ciałem. Wabiono ją modlitwą „Wieczne odpoczywanie", przewracano ławki, otwierano pomieszczenia i zamykane przedmioty, żeby gdzieś nie ugrzęzła. Aby zmarły „otrząsnął się" ze spraw doczesnych, stukano trzykrotnie trumną o próg przy jej wynoszeniu.
    Dusze, którym trudno było oderwać się od ziemi, zostawały w rodzinnym domu. Bywały ciche i niekłopotliwe, lecz zdarzały się takie, które siały grozę wśród żyjących krewnych. Te rezydowały najczęściej na strychu. Aby się ich pozbyć, wyświęcano dom. Zdarzało się, że dusze nawiedzały krewnych jedynie w nocy Istniały metody pozbycia się niepożądanego gościa. Najbliższy krewny zmarłego udawał się na cmentarz i sprawdzał, czy w mogile nie ma żadnej szparki, którą dusza mogłaby wydostać się na zewnątrz. Jeśli takową wypatrzył, sypał w nią mak. Dusza zajęta liczeniem ziarenek nie mogła nawiedzać domowników. Mak można było również rozsypać wokół domu. Wówczas, nim dusza przekroczyła próg, musiała wyzbierać wszystkie ziarenka, a to zajmowało jej zwykle czas aż do świtu.
    Ceremonia wyprowadzania zwłok obwarowana była mnóstwem tabu. Wynosząc trumnę, uważano, aby nie dotknąć nią ścian chaty, bo sprowadziłoby to zgon na jednego z domowników. Obserwowano zachowanie koni zaprzężonych do konduktu. Jeśli grzebały kopytami w ziemi, wieściły kolejny zgon, podobnie gdy obejrzały się w stronę domu żałoby. Wszystkie mijane domy, na których spoczął ich wzrok, miała nawiedzić śmierć.
    Zmarłemu towarzyszyła cała społeczność. Na granicy wsi czy miasteczka woźnica zrzucał garść słomy z wozu na znak ostatecznego odłączenia zmarłego od żywych. Żałobnicy szli zwykle w pewnym oddaleniu od trumny, aby ustąpić miejsca duszy kroczącej tuż za ciałem. Gdy kondukt mijał po drodze jakiś wóz, stangret musiał zawrócić, aby śmierć nie wsiadła na kozła i nie pojechała z nim. W drodze na cmentarz orszak zatrzymywał się przy wszystkich figurach i krzyżach przydrożnych, gdzie odmawiano modlitwy za zmarłego.

    W kościele odbywała się uroczysta msza pogrzebowa. W pewnych regionach Polski wierzono, że podczas wprowadzania zwłok do kościoła Anioł Stróż kroczy przed trumną, a diabeł za nią (jeśli zmarły miał być zbawiony — w przeciwnym razie czart wędrował z przodu). By ujrzeć tę parę, należało spojrzeć przez otwór po sęku w kościelnej ławie. Po nabożeństwie orszak ruszał na cmentarz. Głosy dzwonów pogrzebowych prowadziły zmarłego do wieczności.
    Niektórzy uważali, że członkowie najbliższej rodziny nie mogli spuszczać trumny do mogiły ani rzucać na nią ziemi, bowiem sprowadziłoby to śmierć na kogoś z nich. Sądzono, że zbytnie opłakiwanie mogło zachęcić zmarłego do powrotu. Dusza rozstawała się z ciałem w chwili, kiedy ksiądz rzucał na trumnę pierwszą garść ziemi. Wracając z pogrzebu, należało zachować ciszę i nie oglądać się za siebie.
    Zakończeniem obrzędów pogrzebowych była stypa w karczmie. Tam bawiono się nieraz lepiej niż na weselu.

    Wygnańcy i pokutnicy

    Niektórzy nie dostępowali dobrodziejstwa wiecznego spoczynku na cmentarzu. Do grona banitów należeli krzywoprzysiężcy (z ich grobów wystawać miały uniesione podczas fałszywej przysięgi palce). Również samobójcy nie mogli być pochowani w poświęconej ziemi, a ich pogrzeby odbywały się bez oficjalnych ceremonii.
    Gdyby złamano tę zasadę, sprowadzonoby nieszczęście na całą okolicę. Chowano ich na rozstajnych drogach, a w najlepszym razie pod murami nekropoli. Szczególny był los grabarzy. Ponieważ za życia deptali po grobach, grzebano ich na progu cmentarza.
    Zdarzało się bardzo często, że dusze zmuszone były odprawiać pokutę na ziemi. Najczęściej przebywały w miejscu, w którym zgrzeszyły. Wszystkie potrzebowały mszy i modlitwy, niektóre prosiły żywych o konkretną pomoc. Należało spełnić te żądania. Zdarzało się, że nie mogły zaznać spokoju nie z własnej winy, ale przez zaniedbania przy pogrzebie, takie jak niewłaściwe wyniesienie trumny z domu, przechylenie jej podczas wkładania do grobu, niezaproszenie określonych osób na stypę itp. Wówczas trzeba było naprawić błąd.
    Najłatwiej było spotkać ducha w nocy, choć zdarzało się to również w południe. Ulubionym ich miejscem były samotne dęby i brzozy. Szczególnie niebezpieczną okolicą były rozstaje. Przebywały tam porońce - nieochrzczone noworodki zamordowane przez matki. Owe dziecięce duszyczki ukazywały się również w miejscach swojego tajnego pochówku. Widać tam było mgliste światełka i słychać było dziecięcy płacz. Owe ogniki miały być płomykami świec, z którymi porońce szukały kogoś, kto by dopełnił sakramentu (dlatego wabiły ludzi w stronę wody). Tych, którzy nie uczynili zadość ich oczekiwaniom, topiły. Aby umożliwić im zbawienie, należało dokonać symbolicznego chrztu: pokropić miejsce, w którym ukazywało się światełko, święconą wodą, wygłosić formułkę: Jeśliś dziewczynka, nadaję Ci imię... Jeśliś chłopiec, nadaję Ci imię..., i położyć tam poświęconą koszulkę.
    Wielu zmarłych odwiedzało bliskich z okazji ważniejszych świąt kościelnych. Ich wizyt można było się spodziewać w Wielkanoc, Boże Narodzenie i Zaduszki. Należało godnie ich przyjąć. Wstrzymywano się od pewnych prac, aby nie urazić stojącej obok duszy, i nie wylewano wody, aby jej nie oblać. Wystawiano dla niej poczęstunek i palono ogień, by mogła się ogrzać. Jeśli chciano sprawdzić, czy gościło się krewniaka z zaświatów rozsypywano wieczorem na podłodze piasek i wypatrywano na nim potem śladów stóp.
    Może i my powinniśmy spróbować? Współczesne duchy nie straciły pewnie ochoty na utrzymywanie więzów rodzinnych.

    Dorota Szlendak, absolwentka Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego.
    Wiedza i Życie listopad 2004

    Na koniec zadziwiający film z duchem. Jestem zszokowany.

    Comment (5)




  • |