]

                                                                                                                       


  • 213 - Papieski pakt 13.07.2010 :: 16:16

    Comment (5)

    Dochodziło południe, kiedy na głównym placu Florencji prace nad ogromnym stosem o wysokości 5 metrów dobiegły końca. Dziesiątki mieszkańców miasta w swoistym "czynie społecznym" zbudowały go z drewna nasyconego żywicą, oliwą i prochem. Przez środek stosu prowadziła ścieżka szeroka na pół metra. Mieli przez nią przejść, mnisi, by udowodnić w próbie ognia swoje racje.




    Perspektywa tak wspaniałego widowiska ściągnęła na plac mieszkańców z całego miasta. Choć miało w tej próbie wziąć udział dwóch mnichów, to przecież wszyscy wiedzieli, że tak naprawdę jest to sąd nad racjami dwóch o wiele potężniejszych ludzi: Girolamo Savonaroli i papieża Aleksandra VI.

    Już od chwili, kiedy w 1490 roku Wawrzyniec Wspaniały uczynił dominikanina Girolamo Savonarolę przełożonym klasztoru San Marco we Florencji, było jasne, że prędzej czy później musi dojść do konfrontacji między nim a papieżem.

    Ten ascetyczny, wykształcony i całkowicie oddany Bogu zakonnik w chwili złożenia ślubów zakonnych wydał pieśń "O upadku Kościoła". Odtąd całą swą energię skierował na walkę o przeprowadzenie niezbędnych reform w państwie kościelnym i w samym Kościele. Savonarola był wyśmienitym mówcą i wkrótce jego gorące kazania zdobyły sobie sławę w całej Italii. Domagał się reform i natychmiastowego wprowadzenia do codziennego życia ludzi świeckich i duchownych wszelkich zasad, głoszonych przez doktryny Kościoła katolickiego. Wypuścił na ulice Florencji swoiste brygady obrony moralności.

    Atakował zapamiętale zepsucie duchownych, nazywając Watykan "bezwstydną prostytutką". Wreszcie zaatakował samego papieża, wykazując jego ignorancję, zepsucie i nieznajomość teologii. Aleksander VI najchętniej wysłałby po niego swoich inkwizytorów. Niestety, musiał z tego zrezygnować, bowiem bezpośredni atak na ogromnie popularnego mnicha mógłby doprowadzić do rewolty. Tym bardziej, że zakony dominikańskie z całej Europy udzielały mu jawnego wsparcia. Wprawdzie papież zabronił czytania książek Savonaroli, ale nikt tego zakazu nie przestrzegał. Wierni zlekceważyli także papieskie zalecenie, by oddawaćdo kurii cedrowe krzyżyki, które rozdawał Savonarola. W ciągu kilku miesięcy do kurii nie trafił ani jeden. Kiedy doszło do tego, że - wbrew zakazowi - nawet nuncjusze papiescy nosili cedrowe krzyżyki, Aleksander VI postanowił działać z całą stanowczością. A był ku temu najwyższy czas. Zbuntowany mnich zaczął bowiem głosić, że sam Bóg odsłania mu przyszłość i nakazuje korzystać z wczesnochrześcijańskich rytuałów magicznych.

    Ponieważ Florencja była niezależną republiką, papież nie mógł wydać nakazu aresztowania Savonaroli. Musiał znaleźć sposób, by dokonały tego władze miasta-państwa. I znalazł. Wstrzymał handel między Rzymem a Florencją, nakazując jednocześnie wszystkim parafiom w republice Florencji, by nie płaciły miastu podatków. Wystarczył rok, by zbuntowana republika boleśnie to odczuła.

    Chcąc nie chcąc, władze zarzuciły Savonaroli działanie na szkodę miasta, a bracia franciszkanie - herezję.

    Mnich nie mógł otwarcie wystąpić przeciw władzom świeckim, ale przeciw franciszkanom - tak. Wyzwał ich na sąd Boży. Stwierdził, że prawdy o reformie Kościoła, nieudolności papieża, widzeniach i magii nie są wyssane z palca. Że to właśnie papież, ograniczając możliwości republiki, działa na szkodę miasta, dominikanów i całego Kościoła. Jeśli więc franciszkanie uważają, że Savonarola głosi herezje, niech wraz z nim poddadzą się próbie ognia.

    Oba zakony wystawiły swoich przedstawicieli. Dominikanie - brata Domenico, franciszkanie - brata Giuliana. Obaj mieli przejść przez płomienie, a ten zakon, którego przedstawiciel wyjdzie z próby cało, będzie miał rację. Jeżli zwyciężą dominikanie, papież cofnie restrykcje; jeśli franciszkanie - Savonarola stawi się w Rzymie przed świętą inkwizycją. Rankiem, 7 kwietnia 1498 roku, zaraz po mszy, przybył do klasztoru dominikanów goniec od władz miasta, z wieścią, że wszystko jest już przygotowane. Savonarola wraz z bratem Domenico ruszyli w wielkiej procesji na główny plac Florencji. Kiedy jednak przybyli na miejsce, okazało się, że franciszkanie wcale się na sąd Boży nie śpieszą... Nawet ich "zawodnik" gdzieś się zapodział.

    Na placu stał natomiast zbrojny oddział straży miejskiej. Cały dzień franciszkanie kombinowali, jak tu nie dopuścić do sądu. Wymyślali różne preteksty, byle tylko przeciągnąć "imprezę" do nocy. Kiedy tysiące gapiów rozejdą się do domów - kombinowali - można będzie cichcem aresztować Savonarolę. Ten jednak szybko zorientował się, o co chodzi i pod koniec dnia wycofał się do klasztoru.

    Nad miastem zapadła noc. I wtedy doszło do sytuacji w historii Kościoła niebywałej: uzbrojeni franciszkanie uderzyli na klasztor dominikanów. Rozpoczęło się formalne oblężenie. Aleksander VI nie widział w tym niczego złego i wysłał do Florencji swoich obserwatorów. Wyraził też swój podziw, kiedy okazało się, że mnisi po obu stronach dysponują własną artylerią!

    Po kilku dniach oblężenia klasztor dominikanów padł. Savonarolę, wraz z bratem Domenico i Sylwestrem (dowódcą obrony klasztoru), aresztowano i postawiono przed sądem, oskarżając o herezję. Proces przy użyciu tortur odbywał się za zamkniętymi drzwiami. Mimo to nie można było wydusić z braci żadnych kompromitujących zeznań. Sylwester z całą pewnością nie był heretykiem. Domenico natomiast niezmiennie domagał się, by go spalono i by mógł jak najszybciej zanieść Bogu wiadomość o grzechach papieża.

    Sam Savonarola zmieniał swoje zeznania. Wreszcie poprosił Romolino, przedstawiciela papieża, o chwilę rozmowy w cztery oczy.

    Nikt nigdy nie dowiedział się, o czym rozmawiali, ale po tym Romolino odmówił dalszego udziału w śledztwie. Natychmiast wyjechał do Rzymu i nawet Aleksander VI nie zdołał go namówić do powrotu do Florencji. I oto stała się rzecz zadziwiająca. Inkwizycja zatrzymała proces i oddała mnichów w ręce władz świeckich. Te wystąpiły z oskarżeniem o "działanie na szkodę państwa" i skazały braci na śmierć przez powieszenie. Dopiero potem, kiedy dusze oddzielą się od ciała, zamierzono spalić zwłoki. W trzy dni później wyrok wykonano. I wtedy doszło do ostatniego już zadziwiającego zdarzenia: w kilkanaście dni po egzekucji zmarli wszyscy biorący udział w procesie, a Aleksander VI po raz pierwszy nie zdecydował się na wyklęcie heretyków i nie wydał nakazu spalenia prac Savonaroli.

    W pięć lat później zarówno Florencja, jak i Watykan zaczęły otaczać Savonarolę kultem świętości. Żaden z następców Aleksandra VI nie odważył się temu przeciwstawić. Jak twierdzi kronikarz, stało się tak za sprawą jakiejś dziwnej wiadomości, którą Savonarola przekazał w rozmowie z Romolino. Jest ona ponoć zapisana na jednej karcie i spoczywa starannie ukryta w grobowcu Aleksandra VI. Zawiera magiczny sposób wywoływania szatana i zawierania z nim paktu. Według kronikarzy, Aleksander VI pakt taki zawarł. Zapłacił za to śmiercią w strasznych okolicznościach, a jego ciało zostało tak straszliwie zniekształcone, że nie można go było wcisnąć do trumny. Na pogrzebie papieża nie zapalono ani jednej świecy. Jak twierdzi kronikarz Jan Burckhardt, wszystkie gasły z przejmującym sykiem natychmiast po zapaleniu.







    Comment (5)




  • |